MakoLife

To nic nie kosztuje

W Polsce wczoraj, 13 października, obchodziliśmy Dzień Dawcy Szpiku. Wciąż jest zbyt mała świadomość potrzeby dawstwa szpiku i wciąż jest zbyt mało dawców. Jednocześnie krąży wiele mitów dotyczących pobierania szpiku. Czy to naprawdę powód do strachu i czy istnieje jakiś dobry powód, by opierać się staniu się dawcą?
Kto lepiej opowie nam o dawstwie szpiku niż sam dawca? Poznajcie Natalię Siwakowską, project managera w MakoLab, która przybliża nam, jak to wyglądało w jej przypadku!

Co zainspirowało Panią do zgłoszenia się jako dawca szpiku?

Zawsze byłam osobą zaangażowaną społecznie. Jestem dawczynią krwi, byłam wolontariuszką w różnych inicjatywach, w tym w ośrodkach dla zwierząt, angażowałam się też w organizację wigilii dla osób bezdomnych. Teraz jest podobnie. Zawsze jestem gdzieś zaangażowana. Jednego dnia zobaczyłam w mediach społecznościowych reklamę Fundacji DKMS. Kliknęłam i to wystarczyło. Nie zastanawiałam się nad tym. Skoro nic mnie to nie kosztowało, a mogłam pomóc komuś innemu, to co mogło być bardziej naturalne niż zapisanie się do rejestru dawców szpiku?

Ile czasu zajęło znalezienie zgodnego dawcy po zapisaniu się do rejestru?

Zapisałam się do rejestru w sierpniu 2012 roku. W maju 2013 roku zadzwonił do mnie DKMS, a przed końcem czerwca oddałam już szpik.
Standardowa procedura trwa około trzech miesięcy. Przeprowadza się cały szereg badań, co zajmuje trochę czasu. Ale w 2013 roku stan pacjenta był na tyle poważny, że sprawy znacznie się przyspieszyły. Od pierwszego telefonu do momentu pobrania komórek macierzystych minęło zaledwie pięć tygodni.

Czy jest się czego bać? Pytam, bo myślę, że to właśnie z tego powodu wiele osób nigdy nie decyduje się nawet na zapisanie się do rejestru

Osobiście nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale przypuszczam, że wiele osób właśnie z tego powodu rezygnuje z tego pomysłu. Oddałem szpik kostny w 2013 roku i choć od tamtej pory cała procedura oraz podejście do dawców bardzo się zmieniły, generalnie świadomość na ten temat wciąż jest niewielka. Ludzie nadal myślą, że szpik pobiera się z kręgosłupa lub biodra. Tymczasem cała procedura jest bardzo podobna do oddawania krwi.
Co mnie niepokoi, to fakt, że wbrew pozorom dawców jest zdecydowanie za mało, a szpiku nie zawsze można pobrać od członków rodziny. Szansa na znalezienie zgodnego dawcy spoza rodziny wynosi zaledwie od dwóch do czterech procent. Wydaje się powszechnie wiadome, że rejestracja jest prosta i że nie trzeba nawet wychodzić z domu, żeby się zarejestrować. Mnóstwo osób zamawia zestaw do pobrania wymazu. Przychodzi, ale bardzo często na tym się kończy. Chciałbym, żeby świadomość na ten temat była większa. Ja sam jestem swego rodzaju dowodem na to, że to działa! Osoby z mojego otoczenia zapisały się do rejestru. Przykład kogoś, kogo znamy, działa najlepiej!

Właśnie! A jak wygląda sama procedura? Czy jest skomplikowana?

To zależy, jak na to spojrzeć. Zanim oddasz szpik kostny, musisz sprawdzić, czy w ogóle możesz zostać dawcą. Czy pozwala na to twój stan zdrowia? Rozmawiając z kobietami, które były na miejscu, gdy oddawałem szpik, usłyszałem, że wiele osób dowiaduje się o poważnej chorobie właśnie dzięki tym badaniom. Są one bardzo dokładne i obejmują choroby, o których wcześniej nie miałem zielonego pojęcia. Niektóre z nich w ogóle nie są dostępne w standardowych pakietach badań, więc rejestracja jako dawca to jedyna okazja, by je wykonać. Wydruk wyników, który otrzymałem, liczył sobie około dwudziestu stron. Oprócz pełnych badań kwalifikacyjnych, po oddaniu szpiku dawca jest nadal monitorowany i musi regularnie oddawać krew do badań kontrolnych. Można więc powiedzieć, że to swego rodzaju „korzyść”.
Przed oddaniem szpiku trzeba przyjąć serię zastrzyków. Wcale nie bolą. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach robić tego samodzielnie, może udać się do szpitala. Zastrzyki powodują namnażanie się komórek macierzystych. Następnie przychodzi się na oddanie szpiku. Siedzi się w wygodnym fotelu. Krew jest pobierana z jednej ręki i przepuszczana przez urządzenie, które ją filtruje. Przefiltrowana krew wraca do drugiej ręki, a pobierane są jedynie nadmiarowe komórki macierzyste wytworzone dzięki zastrzykom. Jedyną wadą jest to, że w trakcie namnażania się komórek można poczuć się jak przy grypie. U mnie namnożyły się one w dużej ilości i rzeczywiście miałem te objawy. Mimo to, zaraz po pobraniu szpiku poczułem się lepiej. Całość trwa od dwóch do dwóch i pół godziny i można wziąć ze sobą kogoś do towarzystwa.
Jeśli chodzi o organizację całego procesu, fundacja naprawdę pomaga, starając się, by wszystko było jak najprostsze i dopasowane do potrzeb dawcy. Zostając dawcą, otrzymuje się pełny dzień wolny na badania i samą procedurę oddania szpiku. Fundacja wybiera miejsce, w którym oddaje się szpik, tak by podróż nie była zbyt długa, i zwraca koszty dojazdu. Wszystko jest zorganizowane tak, by było jak najwygodniejsze dla dawców, a pracownicy fundacji są bardzo pomocni.
Kiedy wszystko się już skończy, otrzymuje się legitymację dawcy. Potwierdza ona, że jest się zarejestrowanym dawcą-ratownikiem życia, więc jest to powód do dumy. Ma to też swoje praktyczne plusy. Jest się przyjmowanym poza kolejnością u lekarza, obsługiwanym bez czekania w kolejce w aptece, są też inne przywileje. W niektórych miastach dawcy mogą korzystać z darmowej komunikacji miejskiej.
Fundacja wręcza też pamiątkę… anioła z logo DKMS oraz charakterystyczny breloczek w kształcie elementu puzzli. Co roku wysyła również przypomnienie o zbliżającym się Dniu Dawcy Szpiku Kostnego, nie wspominając o różnych innych listach i upominkach. W tym roku otrzymałem ramkę do selfie wraz z zachętą, by jako dawca wykorzystać ją w internecie.

Jak to jest mieć genetycznego bliźniaka i mieć świadomość, że dało się komuś dar zdrowia i życia?

Niesamowite uczucie! Wiedziałem, że biorczynią była młoda kobieta w moim wieku z Wielkiej Brytanii, u której wcześniejszy przeszczep się nie powiódł. Właśnie dlatego moją procedurę potraktowano priorytetowo. Pięć miesięcy po przeszczepie można poprosić o informację o stanie zdrowia biorcy. Napisałem e-mail 23 grudnia, a odpowiedź otrzymałem w Wigilię rano. Bałem się ją przeczytać, ale okazało się, że przeszczep się przyjął i jej stan zdrowia znacznie się poprawił. Biegałem od ściany do ściany z samej radości, pokazując tę wiadomość wszystkim dookoła! Chciałem się z nią spotkać, ale ona sobie tego nie życzyła. Na początku nie mogłem zrozumieć dlaczego, ale ktoś z fundacji wytłumaczył mi to tak: „Wyobraź sobie, że ktoś uratował ci życie. Co byś mu powiedział?”. Wtedy zrozumiałem, że nie da się wyrazić wdzięczności za coś takiego słowami ani gestami, dlatego większość biorców decyduje się nie spotykać ze swoimi dawcami.
Jeszcze jedno… po samym oddaniu szpiku musiałem zostać pod obserwacją przez około pół godziny, na wszelki wypadek. Chodziłem po pomieszczeniach i zatrzymałem się przed jedną z lodówek, w której znajdowały się woreczki z krwią oraz mniejsze woreczki z czymś żółtym. I wtedy mnie olśniło… tam, na moich oczach, było coś, co mogło uratować kogoś przed śmiercią. To najbardziej niezwykłe uczucie, jakie znam.

Gratulujemy Natalii niezwykłej odwagi, choć ona sama zapewnia, że nie nazwałaby tego odwagą, a naturalnym odruchem. Chcielibyśmy zachęcić wszystkich niezdecydowanych, żeby odwiedzili stronę DKMS i rozpoczęli proces rejestracji w bazie potencjalnych dawców. To naprawdę nic nie kosztuje, a daje realną szansę na uratowanie czyjegoś życia! Historia Natalii mówi sama za siebie!

Przetłumaczone z języka polskiego przez Caryl Swift

Udostępnij
14th October 2022
6 Czas czytania
Udostępnij
Autor(zy)

Kamila Braszak

Specjalista ds. employer brandingu

W tym artykule

Więcej wpisów Insights