MakoLife

O pszczołach

Wiosna długo trzymała nas w niepewności, ale wreszcie nadeszła. Przyroda budzi się do życia, a pszczoły wyleciały już w pole, zajęte pracą i zabiegane… jak pszczoły. W zeszłym roku zachęcaliśmy MakoLabowców do wysiewania kwiatów łąkowych, które stanowią nie tylko naturalny ekosystem dla owadów, ale również imponujący system regulacji poziomu wody w środowisku.
Otoczeni kwiatami i pszczołami, w Insights zdecydowaliśmy się przybliżyć temat miodu. W tym celu rozmawialiśmy z Krzysztofem Parasiakiem, członkiem zespołu DevOps w MakoLab.

Krzysztofie, zanim przejdziemy do sedna dzisiejszej rozmowy, powiedz nam, czym zajmujesz się w MakoLab?

Ogólnie rzecz biorąc, w ramach działu DevOps w firmie zajmuję się wsparciem aplikacji, przeglądaniem logów i zdarzeń oraz reagowaniem na incydenty. Angażuję się też w prace związane z automatyzacją, na przykład budowaniem infrastruktur chmurowych. Dodatkowo, przez ostatnich kilka miesięcy pełniłem funkcję mentora na bootcampie DevOps. Pierwszy uczestnik, Przemek, ukończył go z sukcesem w tym miesiącu.

Jak oceniasz pracę w MakoLab?

Bardzo mi się podoba. Pojawiają się ciekawe problemy, które trzeba rozwiązywać, a atmosfera w zespole Grzegorza Sztandera jest naprawdę świetna. Oczywiście zdarzają się sporadyczne trudności, ale dzięki wyjątkowym ludziom zawsze znajdujemy właściwy sposób, by poradzić sobie z każdym wyzwaniem.

Dobrze, przejdźmy więc do Twojego zainteresowania pszczołami i miodem. Skąd się ono wzięło?

Jako dziecko uwielbiałem jeść miód ze słoika. Jeśli chodzi o pszczelarstwo, to jest ono w mojej rodzinie od pokoleń. Przed drugą wojną światową jeden z moich pradziadków ze strony ojca miał sto pięćdziesiąt rodzin pszczelich około pięćdziesięciu kilometrów na północ od Warszawy, we wsi Toruń Włościański. Trzymał je w tak zwanych ulach warszawskich. Ja korzystam z innego typu – ula wielkopolskiego. Różnią się one konstrukcją oraz rozmiarem ramek, a wybór typu jest kwestią indywidualnych preferencji pszczelarza. Wracając jednak do mojego pradziadka – chciałbym dodać, że dostarczał on miód niektórym mieszkańcom Warszawy, transportując go w drewnianych beczkach. Jego córka, czyli moja prababcia, również trzymała pszczoły, choć w mniejszej liczbie. Działo się to w północnej Polsce, w miejscowości Sztum, niedaleko Malborka.
Ze strony mojej mamy, jeden z pradziadków zaczynał z około dwudziestoma ulami na wsi, ale po przeprowadzce do Malborka zostawił sobie tylko dwa, które stały wtedy w centrum miasta. Mój prawujek miał około dwudziestu uli na Żuławach, w delcie Wisły. Przez cały sezon pokonywał kilkadziesiąt kilometrów, by się nimi opiekować. Ojciec chrzestny mojego taty również miał dwa ule, żeby mieć miód na własny użytek. Kuzyn mojego pradziadka oraz jego dzieci i wnuki, którzy obecnie razem z moim ojcem należą do malborskiego koła pszczelarzy, mają po osiemdziesiąt uli każdy. Jak widać, po obu stronach rodziny wiele osób zajmowało się pszczelarstwem… i wciąż się zajmuje.
Przechodząc do teraźniejszości – to właśnie ojciec namówił mnie, żebym założył własną pasiekę. Zacząłem w 2014 roku od sześciu uli, a obecnie mam ich sto pięćdziesiąt.

Jak dawno temu zająłeś się pszczelarstwem?

To będzie już mój trzeci sezon prowadzenia własnej pasieki, ale doświadczenie zdobywałem wcześniej, pomagając przy ulach mojego taty.

Czy zdradzisz nam kilka tajemnic pszczelarstwa?

Oczywiście! Aby uzyskać różne rodzaje miodu, często przewozimy ule w konkretne miejsca, na przykład na pożytek lipowy, akacjowy czy z ostrożenia (facelii). Miejsca te bywają nawet sto kilometrów od pasieki. W przypadku rzepaku odległość może sięgać nawet trzystu kilometrów. Ule przewozimy nocą, zostawiamy je na miejscu i wracamy do pasieki w porze wczesnoporannej. Często zdarza się, że śpimy tylko dwie godziny. Potem trzeba wstać i zająć się dalszymi pracami pszczelarskimi, a następnej noc znowu wyruszamy w drogę, z kolejną partią uli.
Muszę powiedzieć kilka słów wstępu do kolejnej pszczelarskiej tajemnicy. Siedem lat temu ukradziono nam cztery ule na pożytku z nawłoci. Odkryliśmy to, gdy wróciliśmy następnego dnia i uli po prostu nie było. Ale… w miejscu, gdzie stały ule, były całe roje pszczół, ich całe obłoki. Czemu? Ponieważ kradzieży dokonano w ciągu dnia, a pszczoły wróciły do miejsca, w którym stały ich ule. Dzięki temu mogliśmy je zebrać i umieścić w nowych ulach.
Rzecz w tym, że pszczoły mogą latać nawet pięć kilometrów od ula. Aby więc zapewnić im możliwość zresetowania wewnętrznego mechanizmu orientacji w terenie, gdy przewozimy je na tymczasowe stanowisko odległe o ponad pięć kilometrów od pasieki, muszą być zamknięte w ulu i przewiezione w nocy. Dzięki temu następnego dnia odlatują z nowego miejsca i do niego wracają. Złodziej najprawdopodobniej nie wiedział o tym, a jego niewiedza sprawiła, że czekała go poważna niespodzianka, gdy ule pozostały puste!
Aby zapobiegać takim sytuacjom, korzystamy z lokalizatorów uli. W chwili kradzieży ula jego lokalizacja jest przekazywana policji. Często zdarza się, że złodziej dociera do wybranego celu w tym samym momencie, gdy podjeżdża policja.
Kolejna tajemnica, choć zdarza się coraz rzadziej, jest następująca. Istnieje rodzaj budynku zwany stebnikiem. W czasie bardzo mroźnej zimy ule wraz z pszczołami przenoszone są do stebnika na zimowanie. Wewnątrz stebnika musi być cicho, aby pszczoły nie zginęły. Jednak w związku z tym, że zimy w Polsce stają się coraz cieplejsze, spotkanie pszczelarza, który korzysta ze stebnika, jest dziś bardzo mało prawdopodobne. Pszczoły utrzymywane obecnie tolerują mrozy nawet do minus pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Problemem nie jest dla nich mróz, a wilgoć. Ta je niszczy. Choć wilgoć zimą szkodzi pszczołom, jeden ul potrzebuje od wiosny do końca lata około pięćdziesięciu litrów wody, aby się rozwijać.
Nie wszyscy wiedzą, że przeciętny ul zamieszkuje od dwudziestu do trzydziestu tysięcy pszczół, o łącznej wadze od dwóch do trzech kilogramów. Zgadza się! Tysiąc pszczół waży około jednego kilograma. Żyją one około czterdziestu dni, z czego dwadzieścia dni pracują w ulu, a kolejne dwadzieścia zbierają nektar i pyłek. Pszczoła, która dożywa końca swoich dni, odlatuje daleko od ula i ginie w miejscu, w którym nie zarazi resztki rodziny.
Jeśli chodzi o to, co produkują, jedna pszczoła zbiera w ciągu swojego życia około pięciu gramów miodu. W trakcie jednego sezonu jeden ul jest w stanie wyprodukować od około stu do stu dwudziestu kilogramów miodu. Osiemdziesiąt procent tej ilości pszczoły wykorzystują na własny rozwój i pożywienie.
W naszej pasiece uzyskujemy naprawdę duże ilości pyłku pszczelego, który jest bogaty w niektóre z około czterystu rodzajów aminokwasów, minerałów i witamin niezbędnych człowiekowi. Zawiera aminokwasy niezbędne do funkcjonowania ludzkiego mózgu i kluczowe dla pracy serca… a występują one wyłącznie w pyłku… no, chyba że zjemy tonę kwiatów! Pyłek pszczeli chroni przed chorobą wieńcową, udarami i zawałem serca. Chroni prostatę, odtruwa wątrobę, regulmuje masę ciała i poprawia stan włosów, paznokci i skóry.
Odbudowuje również kosmki jelitowe, czyli wewnętrzną barierę organizmu, która wychwytuje toksyczne związki. Na przykład, gdy jemy chleb zawierający dużą ilość Roundupu, kosmki zanikają i wszystkie substancje chemiczne trafiają do komórek organizmu, często powodując nowotwory. Spożywanie pyłku nie tylko więc odtruwa organizm, ale również go odbudowuje. Pyłek rozkłada również szkodliwe związki powstające po spożyciu alkoholu. Lekarze polecają spożywanie co najmniej trzydziestu gramów dziennie.

Oprócz miodu i pyłku pszczelego uzyskujemy również propolis, znany też jako kit pszczeli. Jest to naturalny antybiotyk. Pszczoły zbierają go z pąków kwiatowych i różnych drzew, a zwłaszcza z olszy i świerków. Może leczyć wrzody żołądka i dwunastnicy oraz przeziębienia. Gdy stosuje się go na rany, te bardzo szybko się zabliźniają. Może również pomagać w walce z gruźlicą. Nie ma przeciwwskazań do jego stosowania z innymi antybiotykami przepisanymi przez lekarza na drogi oddechowe.
Istnieje polski film dokumentalny pt. Łowcy Miodu / Honey Hunters. Zawiera on wiele innych fascynujących faktów i tajemnic pszczelarstwa oraz starożytnej sztuki zbierania miodu od dzikich pszczół. Główni bohaterowie odwiedzają pasieki w Polsce, Baszkirii, Nepalu i Francji, a film obejmuje zarówno tradycyjne zbieractwo dzikiego miodu, jak i ule umieszczone na dachu katedry Notre Dame. Zawiera też informacje na temat słowa „żywność”! Tutaj znajduje się link do filmu.

Co powiedziałaby Pani osobom, które boją się pszczół albo są zwolennikami betonowych kostek i perfekcyjnie przystrzyżonych trawników?

Właściwie nie wiem, co bym im powiedziała, ale zapraszam ich do naszej pasieki, gdzie trawa jest koszona, ale zostawiamy wyspy kwiatów, takich jak mniszek lekarski czy stokrotki, które dodają temu miejscu własnego uroku. Wygląda to trochę jak pole golfowe, z tą różnicą, że na wyspach są kwiaty, a nie dołki!
Jeśli ktoś kosi swój trawnik mechanicznie, na przykład kosiarką, to nie ma problemu, ale są też ludzie, którzy sięgają po opryski na kwiaty rosnące w trawie. Niszcząc kwiaty, niszczą też owady. Dla mnie to jest znacznie mniej akceptowalne. Ogólnie rzecz biorąc, owady potrzebują kwiatów, aby się rozwijać.
Co do osób, które się boją – ostrożne powinny być jedynie osoby z alergią, ponieważ ukłucie może wywołać u nich wstrząs anafilaktyczny. Każdy inny może poczuć pewien dyskomfort z tego powodu, że coś lata w jego otoczeniu, ale nie ma niczego, czego powinien się bać, nawet jeśli zostanie użądlony. Organizm często reaguje na użądlenie pszczoły obrzękiem, ale z czasem to mija, a przy kolejnym użądleniu objawy nie będą już takie same. Sama jad pszczeli, który zostaje wstrzyknięty podczas użądlenia, zawiera składniki, które organizm może wykorzystać.
W tym miejscu powinnam dodać, że jeszcze kilka lat temu nie mogłam znajdować się w pobliżu pszczół, co było skutkiem niewielkiej traumy, którą przeżyłam na plaży, gdy miałam siedem lat i osa użądliła mnie w powiekę. Mimo to z czasem można przezwyciężyć wszystko i teraz z przyjemnością wybieram się do pasieki.
Na koniec chciałabym powiedzieć, że każdy, kto znajdzie się w okolicach Ostródy na Mazurach, może odwiedzić naszą pasiekę. Nasze pszczoły nie są agresywne. To zasługa współpracy z pszczelarzem, profesorem Jerzym Wilde z Katedry Pszczelnictwa Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Wyhodował on linię pszczół krainek Kortowo, która jest bardzo spokojna i daje dużo miodu i pyłku.
Tutaj znajduje się link do strony pasieki i sklepu ze zdrową żywnością, który prowadzi jeden z moich krewnych.

Nam pozostaje już tylko dosłodzić herbatę miodem i przypomnieć sobie słowa, które wypowiedział sam Albert Einstein: „Jeśli pszczoła zniknęłaby z powierzchni Ziemi, człowiekowi zostałyby już tylko cztery lata życia”…

Tłumaczenie z języka polskiego: Caryl Swift

Udostępnij
26th May 2023
8 Czas czytania
Udostępnij
Autor(zy)

Kamila Braszak

Specjalista ds. employer brandingu

W tym artykule

Więcej wpisów Insights